nie wiem co sie stalo, ale krotko dzisiaj nagryzmolilam na ekranowej kartce swojego bloga, chcialam potem publikowac i wyszlo mi jakies cudo tzn. wpisy sie nalozyly, dzisiejszy "wlaz" na poprzedni...Hmmm nic takiego nie pisalam, co mogloby kogos urazic, zdjecie publikowalam swoje, a wiec mam prawa autorskie. Cudaaaaaaa? Sprobuje jeszcze raz.
Niby lato jeszcze u nas, ale w moim ogrodzie jesien i to taka pozna jesien. Nic w tym roku nie roslo tak jak chcialam.
Ogorkow kilka, pomidory byly z mieskiem, czy robaczko - muszki czyli "kwasniorki" jak to ja nazywam zalegly sie w owocach i poza koktailowymi wszystko praktycznie poszlo do kosza.
Kiepski ze mnie ogrodnik, oj kiepski. Smutno mi z tego powodu, bo pracy wlozylam sporo, a efekty marne zeby nie powiedziec zerowe.
Wszystko wyrwalam, teraz zostalo skopac ziemie, ale najpierw chwila przerwy, potem dalej bede "dzialac".
Zostaly baklazany i mam nadzieje, ze beda jadalne....
Mialam napisac cos o kobietach - Polkach w Au. I powiem szczerze, ze zabieralam sie do tego tematu juz kilka razy, napisalam dwa zdania i koniec pisania, bo wena tworcza rozplywala sie wraz z padajacym za oknem deszczem.
Mowiac szczerze niewiele Polek znam, tak jakos wyszlo. Roznica "pokolen", myslenia, naturalna selekcja znajomosci, odczuc... W sumie zostalo nas 4 kobitki, ktore utrzymuja ze soba kontakt i to raczej telefoniczny, bo na taki "ludzki" nie ma czasu. Dwie z nas nie pracuja zawodowo, tylko "teoretycznie", bo pracujemy w domach a to nie jest praca.... Placimy 0,25 centa za polaczenie i potem mozemy gadac do woli :), ale na gadanie z Polska mamy wykupione abonamenty na skypie i tez gadamy do woli, czyli bez ograniczen, czyli swiat w zasiegu reki:). Pozostale dwie pracuja i to na popoludniowa zmiane, wiec weekedny sa dla domow i mezow i rodzin. Jakos sie tak rowno zlozylo bo sa dwie Marie, Marysie, Maryski, Marylki, Manki - to zalezy od humorow "przeciwnikow":) Dwie Krystyny, Krysie, Kryski, Krysienki - to tez zalezy od humorow "przeciwnikow". Jedna z Krys jest zona Australijczyka i on mowi, ze nie ma lepszej zony od "polskiej zony"a juz raz byl zonaty i to z Australijka, wiec wie co mowi i mowi prawde i mam nadzieje, ze docenia ten luksus co ma:) Pan "J" mowi po polsku niewiele choc chlop sie stara i po wielu, wielu latach nauczyl sie mowic wyrazy na "d" - dzien dobry, dziekuje, "dzin z tonikiem" - to powtarza przy kazdej wizycie zaraz po wejsciu do domu gospodarza. Polski bigos wsport uwielbia, chociaz inni patrza na te potrawe (australijczycy oczywiscie) z odraza. Polske odwiedzil z zona juz 4 razy i jest zachwycony ...zmianiami !!!! Tak, tak zmianami !!!
Trzy kobitki przylecialy tutaj w czasach wielkiej emigracji w latach 80 - tych. Ja jestem krocej, tamte lata przezylam w Polsce i to bylo powodem miedzy innymi tzw. "naturalnej selekcji znajomosci" z powodow polityczno - doswiadczeniowych...O matko jestem juz tutaj dekade... Czas leci.
Jakie jestesmy? Sprobuje zamienic na literki moje spostrzezenia o innych, o sobie. Pewnie beda krytyczne uwagi, bo przeciez jak mowi moj "slubny - przeciwnik" mnie ciagle tutaj cos nie pasuje... ale o innych beda pozytywne....hehehehehe.
Przycztalam o "Wadach Polek" z wpisu na blogu "spacernadsekwana", bardzo mnie to zainteresowalo. Jakos pomyslow na wpisy na moim blogu ostatnio nie mam, tylko bazgrze jak kura pazurem, zeby mi bloga nie usuneli. Moze sie jeszcze przydac, jak mnie dopadnie jakas babska niemoc i bede chciala cos z siebie wyrzucic...
Australijczyk nie wypowiadal sie na temat "wad Polek" ale "zblizony" do niego Anglik nie do konca ma racje, ale jak tak trafil to jego problem. Racje ma ten Anglik, ze tutaj panuje "luz-blus" czyli wszyscy mowia sobie po imieniu, od malego do duzego. Przyznam, ze to ulatwia zycie.
Zatem jakie jestesmy, a jakie sa Australijki?
Silne - bardzo silne, bo na emigracji trzeba miec sile, zeby sie przebic, zeby byc zaakceptowana, zwazywszy na fakt, ze jestesmy paniami juz w drugiej 50-ce. Nie zawsze bylysmy w tej grupie wiekowej, ale pamietam wczesniejsze lata i bylo tak samo. W tym wzgledzie raczej sie nic nie zmienia. Australijki tez sa silne zwlaszcza te, ktore mieszkaja w country. Tam trzeba miec konska sile mowiac delikatnie. Praca na farmie w tych temperaturach dla mnie byloby nie do przyjecia. Uwazam sie za bardzo silna kobiete, ale to nie dla mnie. Acha dodam jeszcze, ze te kobiety pracuja na farmach, wychowuja dzieci, nie maja sklepow pod reka tylko wielkie, ogromne slonce na glowa...Uchowaj mnie Panie...Wiem, ze zaraz ktos powie, Polki na polskich wsiach tez pracuja ciezko. Tak wiem, znam to ale to nie to samo.
Niezalezne - to ukochana domena Polek. Prace domowe odrabiamy na 5. Prace zarobkowa jesli jest odrabiamy na 6 bo to daje poczucie niezaleznosci tez i finansowej. No bo jak prosic "przeciwnika" o kilka dolarow na krem? Zaraz bedzie pytanie a co to za krem, dlaczego taki a nie taki, a tanszego nie ma? Mam jeszcze kremy z Polski przywiezionem a tam przecinik cen nie widzial...
Rodzinne - ta cecha dotyczy nas Polek i Australijek po rowno. Rodzina tutaj trzyma sie mocno. Moimi sasiadkami sa dwie australijskie rodziny i jedna chinska. Odgradzaja nas ploty a raczej panele blaszane i niewiele widac, wiecej slychac. Kazdy weekend do sasiadow A przyjezdzaja corki z wnuczkami i jest wielkie szalenstwo dzieciakow, wspolny obiad. radosnie... Rodzina A2 to samotna matka z dwojka dzieci, ale po sasiedzku mieszkaja siostry i rodzice. I dzieje sie podobnie, wszyscy czesto sie odwiedzaja. To mi sie bardzo podoba. Weekendy sa rodzinne. Moze dlatego, ze w tygodniu kazdy pracuje. Malo osob pracuje blisko domu, wszyscy praktycznie dojezdzaja do pracy i dosc daleko, wiec poza weekendami jest tutaj grobowa cisza, chyba, ze ktorej z amluchow zacznie sie przez godine wydzierac = krzyczec. Znamy sie tu wszyscy i szczerze powiem, ze zgodnie zyjemy i szczerze powiem, ze duzo mi Ci ludzie pomogli i pomagaja. Dziekuje. Thx.
Tak samo dzieje sie w polskich rodzinach moich kolezanek. K jest Babcia a raczej zona Dziadka, wspolnie wychowuja wnuka, bo rodzice pracuja, a przedszkole czy zlobek sa bardzo drogie, zreszta Sydney nalezy do najdrozszych miast w Au. Babcia jest tansza, wiec mlodzi korzystaja z jej pomocy. Gdybym bylam babcia robilabym dokladnie to samo. Polskie Babcie ucza swoje wnuki i wnuczki polskich slow, przekazuja tradycje i...wymagaja by ich przestrzegano. Tak, tak. Wnuki i wnuczki moich kolezanek urodzone sa tutaj i wszystkie byly w Polsce, zeby poznac kraj, w ktorym urodzily sie Babcie i Dziadkowie. I powiem szczerze, ze stalo sie to dzieki "Babciom":)
Moje kolezanki przyjechaly tutaj z dziecmi malymi - wtedy. Przyznam, ze dzieci polskie, podobnie jak dzieci z innych krajow europejskich a przede wszystkim azjatyckich sa inaczej wychowywane od dzieci australijskich. Te ostatnie wychowywane sa ...bezstresowo. A znaczy to nic innego jak to, ze dziecka nie wolno skarcic. Nad drzwiami nie wisi "dyscyplina", co wcale nie znaczy, ze wpolskich domach wisi (ta dyscyplina)."Dziecka" robia co chca i to wlasnie doprowadza mnie do szewskiej pasji. Australijki sa odporne na zle zachowanie swoich pociech. Zreszta prawo na to pozwala a wrecz nakazuje! Moze Australijki karca swoje dzieci w domach, nie wiem. Wiem, ze moja sasiadka karci swojego syna liczeniem do 3 -ch - one, two, three. Czasami na tego mlodzienca wcale to nie dziala, ale matka nie liczy dalej... Wiem tez, ze skarcenie dziecka w publicznym miejscu moze odniesc tragiczny skutek dla rodzica. Potem rosnie taki maluch w zastraszajacym tempie i sobotnio - niedzielny news obfituje w reportaze z City o wyczynach "cudownej" mlodziezy a raczej malolatow. W polskich rodzinach raczej sie nie zadarza,przynajmniej ja sie z tym nie spotkalam w mojej tutejszej karierze zyciowej, zeby 14 - to 15 - to letnia dziewczyna czy chlopak przebywali poza domem w godzinach nocnych a szczegolnie w klubie nocnym do tego spita w trupa. To przerazac zaczyna wszystkich i zaczynaja to widzec rzadzacy. I dobrze.
Wszystkie moje kolezanki oceniam jako zadbane kobitki. Pamietam, kilka lat temy wybralysmy sie do sklepu ciuchowego. Wlascicielka specjalizowala sie w sprowadzaniu ciuchow z Europy, krotkie kolekcje, produkcji europejskiej nie chinskiej, dobrze uszyte, kolorystycznie dobranie. Bywalysmy tam poki sklep istnial, potem upadl bo nie bylo duzo chetnych na te ciuchy. Ta pani wlasnie powiedziala nam, ze "Europejke czytaj Polke tez, mozna rozpoznac na ulicy po sposobie ubierania sie" - koniec cytatu. Teraz zostaly mi tylko te ciuchy bo sklepu nie ma i ja nie mam kasy, ale wspomnienia sa najwazniejsze:)
Tesknimy... no jasne, ze tesknimy. Jedne oficjalnie czytaj "antyczka", bez skrupolow i obaw co o tym mysli "przeciwnik". Wszystkie tesknimy za zima, za jesienia, ktora mieni sie kolarami przecudnymi, czego tutaj nie ma, bo zawsze jest jednakowo zielono. Za bliskimi, za ...przyjaciolmi odwiecznymi, ktorzy tam zostali i przezywamy ich troski i bole.
Kiedys rozmawialam z druga M i zgodnie doszlysmy do wniosku, ze nie mamy tutaj przyjaciol, bo kazda z nas doznala tzw. zawodu w przyjazni na emigracji. Jest nas cztery, ale tak naprawde nie rozmawiamy o swoich problamach, nie placzemy w mankiet jedna drugiej. Tak naprawde nasze spotkania koncza sie na rozmowach o d....marynie, o tym, ze nie mamy pomyslu na kolejny obiad....Swoje problemy zostawiamy za zamknietymi drzwiami, a to wcale nie pomaga naszej psychice, zwlaszcza mojej. Coraz bardziej staje sie zamknieta, coraz czesciej mam coraz mniej do powiedzenia. Czasami czuje sie ak, jakby mi slow brakowalo...W czasach kiedy pracowalam, nie bylo to tak dawno, bo rok czasu nie pracuje, bylo znacznie lepiej. Teraz swiat sie ograniczyl do minimum... Niby w domu zawsze znajdzie sie jakas robota, jakas praca, ale...zawsze pozostaje to ale...
WNSSS -
wolne, niezalezne, samowystraczalne, samofinansujace, silne - to Polki w w mojej opinii na emigracji, pod jednak jednym warunkiem, ze maja prace, te prawdziwa, nie teoretyczna....
to sa tylko i wylacznie mojej opinie i wnioski.
Jest niedziela, 22/2/2012
dzien Dziadka, wczoraj byl Dzien Babci.
Wszystkim Wam
Babciom i Dziadkom zycze duzo zdrowia i sil i dlugich lat zycia.
Zebyscie mogli jak najdluzej cieszyc sie usmiechem swoich Wnukow i Wnuczek
ktora juz 5 razy wygrala ten turniej. Trzeba przyznac, ze jest w tym dobra, ale ja jej nie lubie. Jest arogancka, niesympatyczna. Co roku sa jakies "problemy".
W tym roku to byl popularnie mowiac rekord swiata.
A bylo tak:
Poznym wieczorem bo o 9 pm naszego czasu 2 dni temu byl mecz Australijczyka Hewitta chyba z Niemcem. Nie pamietam nazwiska tego drugiego, bo jakos nie mam glowy do nazwisk innych niz Malinowski i Kowalski:) Mecz sie przedluzyl i to dosc sporo, wiec komentatorzy paprzewidywali i slusznie, ze Serena Williams, ktora miala potem swoj wystep bedzie wsciekla, bo to u nas srodek nocy, a w nocy krolowa spi:)
Meczu nie ogladalam, bo tez jestem krolowa i dla mnie byl tez srodek nocy, ale od czego jest prasa? I oto co przeczytalam w gazecie:
Krolowa oswiadczyla, ze nigdy wiecej nie bedzie grala w srodku nocy, bo "bugs" tak sie to tutaj mowi czyli cockroach czyli karaczany czyli karaluchy ( wg wikipedii) lataly jej nad glowa i lazily po korcie.
Nie lubie Sereny o czym wspomnialam wyzej, ale ja rozumiem, ja ja popieram, bo te cholerne robaczyska skracja mi zycie o polowe.
Wierzcie mi jest tego w cholere! Codziennie kosz "smieciowy" musi byc oprozniony. Raz w tygodniu jak smieciarze zabiora to co maja zabrac, ja spryskuje pojemniki. Garaz regularnie spryskuje roznymi smierdzidlami, zeby przeciac im droge na podworko.
Zdziwili mnie, ze podczas meczu Hewiita cockroch, ktory przedefilowal przez kort po stronie Niemca, zostal usuniety przez mloda dziewczyne. Uwazam ze ogranizatorzy powinni wyposazyc tych mlodych ludzi w rekawiczki gumowe, bo to cholerstwo jest odrazajace. Brrrr
Wilgoc, cieplo sprzyja rozwojowi najrozniejszego robactwa.O pajakach pisac juz nie bede, bo nikt nie zajrzy na mojego bloga.
I tym milym akcentem pozdrawiam zagladajach z cieplego i wilgotnego NSW :)
Jak zwykle o 4 pm mojego czasu rozsiadlam sie przed telewizornia, zeby obejrzec polskiego newsa serowanego przez Polsat. Chcialam zobaczyc jakies migawki o WOSP i ...nic, ani slowa!!! Dziennik dostajemy z opoznieniem, ze wzgledu na roznice czasowa, czyli byly to wiadomosci z niedzieli z 18:50 polskiego czasu. Przeciez Orkiestra "grala", a Polsat ani slowa o tym, tylko o Fundacji Polsatu. Albo Polsat nie wytrzymuje konkurencji, albo nam "wycieli":( Dlaczego?
a ja nie mam zadnych planow. Malo tego nie mam nic a nic zrobione, ozdobki choinkowe podarowalam sasiadce, matce dwojki dzieci.
Ja nie czuje Swiat i to jest moj problem...totalny dol...brak weny tworczej...wiec milcze sobie....
Wczoraj usiedlismy, zeby cos zaplanowac, bo Slubny bedzie mial przerwe urlopowa az do 9 stycznia 2012 (ludzkosci moje), ale skupilismy sie nad czyms innym, bo akurat byl Polish News - i pojawily sie wspomnienia i jakos tak cicho sie zrobilo, bo kazde z nas ma inne wspomnienia, inne doswiadczenia z tego okresu a przy tym rozne zdania i opinie...
Mialam dokladnie 30 lat i 4 -letniego syna, rodzina byla daleko i balam sie strasznie...
Bedac w Polsce w zeszlym roku - Boze jak ten czas leci - kupowalam ksiazki przez internet potem wysylalam do Au. Skorzyslalam z tej "opcji" i zamowilam sobie ksiazki z adresem dostawy do Au i o dziwo oplata duzo tansza niz pobierala odemnie Poczta Polska i w ciagu 10 dni ksiazki byly u mnie. Super !!! Kupilam sobie wspomnienia Danuty Walesy, chcialam poczytac o Niej, bo tak naprawde nic o tej Pani nie wiedzialam. Nie uwazalam Jej za celebrytke i to sie potwierdzilo. Napisala o sobie w sposob prosty, bez tajemnic czasami nawet ujmujacy. Jest w Niej wiele madrosci zyciowej, odwagi. Mysle, ze czytajac ta ksiazke w wielu momentach mozna odnalezc siebie jako kobiete, normalna kobiete, matke dzieciom, zone nie koniecznie polityka, tylko taka normalna zone. Jest wiele takich kobiet w Polsce i na swiecie, bardzo wiele.
Koniec "madrosci" moich. Godzina 2 pm czas na kawe....
czyli o wszystkim i o niczym, a takze przeglad prasy...
Pan Obama oblecial swiat i zawital do nas. Sledzilam wizyte Krolowej, sledze i wizyte Obamy, bom kobita ciekawa swiata. Nic z tego nie bede miala, ale milo chociaz popatrzec...
Glowna osoba witajaca Prezydenta byla nie Julia ale Governor - General Quentin Bryce - przedstawicielka Krolowej. Uwielabiam te Pania - ma klase. Zachwyca mnie u Niej dostojnosc, emanuje z Niej cieplo...
o elegancji nie wspomne...
Powitala na lotnisku Prezydenta w zoltym kostiumie, a w Parlamencie w czerownym kostiumie, co prasa zauwazyla. Oczywiscie Julii sie oberwalo, ze nie zmienila "ciucha", ale to mnie raczej nie wzursza. Julia mnie nie wzursza...
Na wczoraj zaplanowalam i oczywiscie zrobilam porzadek w "domku narzedziowym" mojego Slubnego Meza. Ktos to wreszcie musial zrobic, bo wejsc sie nie dalo. Wiem, ze jak jest bajzel to wlasciciel nie ma problemu, ze znalezieniem czegokolwiek, ale ja pracuje w ogrodzie i czasami potrzebuje cos z domczku i zaczynaly sie problemy. Robactwa oprocz narzedzi bylo bez liku. nie bede opisywac jakiego, ale to byla MASAKRA. Au to piekny kraj, ale domy wybudowali na wykarczowanych lesnych terenach. Drzewa usuneli, a robactwo zostalo. Co pol roku opryskuje dom, pergole, zeby mi to nie weszlo do domu. To jest naprawde ciezka praca i ...kosztowna. Srodki chemiczne sa drogie i nie do konca skuteczne. Po takiej operacji bardzo boli mnie glowa, a robale i tak wylaza. Przydalaby sie ostra zima tutaj, taka z minus 20 stopni mrozem, moze by to robacwto zamarzlo:)
Do prac ogrodowych uzywam takich butow...
no i oczywiscie skorzane rekawiczki. "Domek narzedziowy" teraz wyglada OK. Slubny nawet tam nie zajrzal...
Mialam jeszcze podwiazac pomidory, ale zostawilam sobie na inny dzien. Bylam juz bardzo zmeczona. Upralam jeszcze "zimowy sluzbowy sweterek ", zeby go schowac, bo lato tuz, tuz ale jak to zwykle bywa, po tej opracji zwykle przychodzi ochlodzenie i pada deszcz. Tak tez sie stalo...
Odebralam e-mail ze zdjeciami, zdjeciami mojej "Podopiecznej" - Niny. Rosnie malenka jak na drozdzach. 25 listopada bedzie miala 20 miesiecy. Jest sliczna. Malo dostaje Jej zdjec, ale zawsze mnie ciesza. Nie wiem czy to moze byc prawda, czy tylko bujda mojej Siostry, ale Nina podobno rozpoznaje mnie na zdjeciu...
Opiekowalam sie Nia prawie 10 miesiecy. Jak wyjezdzalam Nina miala 11 miesiecy.
No tak lazy day - na obiad makaron z serem, a sila za 10 lat....
17 listopad 2011 g.12:10 pm ide ogladac poludniowy film:)
"lisc opadl" ale nie u nas. Dopieka nam slonce nieziemsko. Pogodynka powiedziala wczoraj, ze takie temperatury w NSW w listopadzie byly 44 lata temu. Lato zaczyna sie za 2 tygonie, wiec nie wiem jakie bedzie. Moja praca ogrodowa troche poszla na marne, pewnie dlatego, ze psioczylam nieziemsko, ze zimno, ze mokro. Teraz roslinki wygladaja jak ugotowane:(
Nasturcja zaczela kwitnac, ale jak zobaczylam ile ma mszyc rece mi opadly. Szkoda mi bylo, ale nasturcja wyladowala w "zielonym binie".
Cieplo sie zrobilo, wiec czas na wymiane grubego na cienkie. Koldre letnia chcialam przeprac. Niby letnia, niby lekka ale jak nasiakla woda, wagi jej przybylo. Niestety mnie sil nie przybywa, wiec jak wyniosilam na podworko coby przwiesic, coby obciekla z pierwszej wody, cos strzelilo, zabolalo i ...chodze jak polamaniec. Samo sie nic nie zrobi, oj nie zrobi.
Zjadlabym placki ziemniaczane. Moja Mama pochodzi z kresow a tam jedli placki ziemniaczane z chlebem. Tez lubie...
by sie nie dzialo, cokolwiek by sie nie wydarzylo dobrego czy zlego w moim kraju ja zawsze dowiem sie ostatnia. Zawsze powtarzam sobie Boze uchron mnie od zlych wiadomosci o moich bliskich!
Tak bylo tez i wczoraj. O 6 rano zwykle ogladam newsa, bo w kraju kangurow dzieje sie wiele ciekawych i mniej ciekawych rzeczy. A to wizyta Krolowej szeroko komentowana z bezposrednimi transmisjami, a to spotkanie panstw czlonkowskich Commonwelth, skonczywszy na decyzji CEO Qantasa o wstrzymaniu lotow na calym swiecie. Chaos panika, komentarze wcale nie lepsze od tych, o ktorych czytam na polskich stronach internetowych. Wracajac do newsa porannego - na pasku pojawila sie informacja o szczesliwym ladowaniu samolotu w Warszawie. Zamarlam w calym tego slowa znaczeniu. Ze strachu nie zrozumialam, ze to bylo szczesliwe ladowanie !!! Myslalam ze znow... Dopadlam do komputera i tam doczytalam w moim ojczystym jezyku. Dzieki Bogu a wlasciwie dzieki zalodze samolotu wszyscy szczesliwie wyladowali. Obejrzalam chyba wszystkie filmiki z tego ladowania. Powalily mnie z nog jak zwykle komentarze i wypowiedzi pasazarow, ze np. czekali godzine na odbior bagazy. Latam troche po tym swiecie, jako pasazer oczywiscie, wiec oczekiwanie np. w Sydney na odbior bagazu okolo godziny to rzecz normalna. Przeciez ktos musi te walizy wyladowac, potem dostarczyc na "karuzele". Ludzie wiecej wyrozumialosci, zwlaszcza, ze szczesliwie udalo sie wyladowac. W nosie mialabym bagaz, wazne ze zyje. Ludziom sie nie dogodzi.
Jestem a raczej bylam chora, bo pomalenku dochodze do siebie. Jakis durnowaly wirus mnie dopadl - nudmosci, wymioty, oslabienie. Sasiadka pielegniarka powiedziala mi, ze nie ma co isc do lekarza, bo to wirus niewiadomego pochodzenia...Zalecila diete, spokoj, lezenie, co uczynilam i staje na nogi.
Bedzie dobrze, bo slonko juz swieci tak jak powinno...
Jak na tutejsze warunki na "dole" bylo zimno - minus 3 stopnie. Slubny w kurtce zimowej, ja podkoszulek + bluza barchanowa z kapturem + kurtka z kapturem. Troche ciezko mi bylo, ale coz...
Wyjechalismy na wyoskosc 1937 m. Snieg byl, ale...mokry. jedna wielka bryja. Oznakowan w ktora strone isc "zero". Inaczej niz u nas w gorach, co oczywiscie skomentowalam w odpowiedni dla mnie sposob.Lazenie po gorach nie jest tutaj zbyt popularne. Zima wjezdzaja na te wysokosc, potem zjezdzaja w dol i koniec. Teraz sie nie dziwie, ze czesto slyszy sie informacje o tym, ze ktos sie zagubil w gorach. Przy takim "zadnym" oznakowaniu nie dziwi mnie to wcale.
Przed nami 2 km wedrowki na Gore Kosciuszki. Damy rade:)
Im wyzej tym lepiej...
coraz wyzej i slonce tez swiecilo coraz mocniej...
a nwet barzo mocno, bo zdjelam swoje cieple ciuchy. Bylo goraco !!!! Naprawde goraco. Slonce oslepialo. Nie dalo robic sie zdjec. Ani nie jestem wytrawnym fotografem, ani nie mam aparatu takiego, ktory zrobilby lepsze zdjecia. To co zobaczylam, pozostanie w mojej pamieci:) Fantastycznie !!!
kolejna wies w australijskich Alpach:) Malenka oczywiscie, okolo 480 mieszkancow, za to w sezonie zimowym, dobrym sezonie zimowym przybywa okolo 700 000 turystow. Latem jest mniej turystow okolo 300 000.Trafilismy na koniec sezonu, wiec wszedzie bylo pusto, knajpki zamkniete. Trudno bylo cokolwiek kupic. Mowiac szczerze troche mnie to rozczarowalo, bo mieszkalam w Polsce blisko gor i takiej sytuacji, zeby np. w Wisle po sezonie zimowym nie mozna bylo kupic gazety raczej nie pamietam. "Nie raczej" ja nie pamietam. Tutaj koniec sezonu oznacza koniec sezonu. No coz co kraj to obyczaj.
Wszelkie informacje na temat wsi dostepne sa na takich tablicach. Nic innego nie znalazlam.
Predkosc w tych rejonach nie jest wyzsza niz 80 km/h ze wzgledu na zakretasy i bardzo duzo wybiegajacych na droge kangurow, zwlaszcza tych malych. Niestety nie udalo mi sie pstryknac zdjecia:(
W sezonie serwuja wszystko od masazu do spa.
Wiedzielismy, ze w gorach jest snieg, ale ten widok mnie szczegolnie zaskoczyl. Australia zawsze kojarzyla mi sie ze sloncem...
Kolejne moje zdziwienie. Gory pokryte eukaliptusami !!!! Nie ma sosen, swierkow, drzew iglastych. Tylko eukaliptusy.
Zdjecie robione juz z wyciagu, ale pokazuje je teraz tylko ze wzgledu na eukaliptusy. Te "siwe" pasy to ...wyschniete eukaliptusy. Jest ich bardzo, bardzo duzo. Patrzac z wyciagu na "eukaliptusowe lasy" nie da sie nie myslec o zagrozeniu w sezonie letnim, kiedy temperatury sa dosc wysokie. Skora cierpnie, bo te drzewa w czasie upalow sa niczym innym tylko bombami zapalnymi. Brrrrr
Dotarlismy do wyciagu. Mapa jaka trase wybrac. Uboga w informacje, ale zawsze cos...
Wejscie na wyciag...
Kupilismy bilety ( 31 dolcow od leba - drogo) i ...jazda na gore. Jechac "do gory" to dla mnie nie problem. Moj Slubny umieral ze strachu. Przypomnial sobie jak to bylo kope lat temu w Szczyrku, jak bardzo sie bal. Ja myslalam o tym jak...zjade:) Dawno sie tak nie smielismy:)
Nastepny pit stop wejscie na Gore Kosciuszki, albo jak kto woli Kosiusko:)
Malenka wies polozona na wysokosci 1017 m nad poziomem morza w odleglosci okolo 80 km od naszej bazy wypadowej w Jindabyne i okolo 60 km od miasta Cooma. Mieszka tutaj zaledwie 250 osob.
To jest nowe Adaminaby, bo stare zostalo zatopione z domami w calosci. Powstalo wielkie jezioro, ktorego poziom wody w czasie upalow opada tak, ze widac dachy zatopionych domow. Tego dowiedzialam sie od starszej Pani.
Miejsce gdzie jest cicho, albo cichutko, gdzie nie ma sklepow !!! Najblizszy sklep w Comma. Na zakupy jezdza raz na dwa tygodnie. Jest oczywiscie biuro nieruchomosci, bo "mieszczuchy" przyjezdzaja tutaj kupowac te stare domy, zeby miec miejsce do odpoczynku na stare lata.
Sa stare domy z ogrodami i nie maja plotow !!! Nie ma tutaj takich jak u nas ogrodzen wysokich. Wszyscy zyja w wielkiej przyjazni. Tutaj kazdy na kazdego moze liczyc. Hmmmm
Jest tez i oczywiscie pub, w ktory dobrze daja jesc. Bylam tam wode mineralna pilam i steka jadlam:) Piwa nie bo siedzialam za kierownica:)
Nie ma zadnego muzeum. Wszystko co pisze dowiedzialam sie od ludzi, tak milych i przyjaznych ze dziw bierze.
Prawdziwe country i to jest wlasnie to miejsce, ktore chcialam zawsze zobaczyc. Prawdziwe country. Spokoj cisza. Bosko
W poblizu plynie gorska rzeka z czysta jak krysztal woda, wiec pstrag jest tutaj "krolem"
"Domek", ktory kazdy odwiedza jest tak niski, ze napis jest bardzo wskazany:
Jeden z domow...
i eukaliptusy...
typowy dom w country...
i oryginalna dla tego regionu skrzynka na listy:)
wystawione do zabrania - troche inaczej niz w wielkich miastach smieci
Kosciol wybydowany w 1906 roku w Stary Adaminaby, ale przeniesiony w to miejsce w 1956 roku. Niestety byl zamkniety:(
gdzies w polu stare auto...
i drzewa cedrowe bardzo juz podeschniete, ze starosci chyba...
i pub, gdzie tak witaja mezow, kiedy zony sa na zakupach, gdzie jedzonko pyszne, ale...drogie.
I przepiekny zachod slonca, gdy wracalismy wieczorem do motelu w Jindabyne. Niestety z okna samochodu zdjecie robione:)
I to jest wlasnie to, co w Australii podoba mi sie najbardziej. Nie te piekne domy, ulice pelne sklepow firmowych, dobrze ubrani ludzie, tylko country - wiesc, gdzie zycie toczy sie pomalenku, cichutko, zeby nie powiedziec leniwie. W Adaminaby byla taka cisza, ze chwilami dzwonilo w uszach. Z daleka bylo slychac warkot kosiarki i leniwe szczekanie psa, takie hau...hau...hau...
Bylo bosko !!!!
Odpoczynek i nastepny "pit stop" Snowy Mountanis:)
Wiosny tego roku nie ma, ale zima podobno w gorach taka, jaka byla 67 lat temu. Spakowalismy wiec cieple ciuchy, kanapki, kawa do termosu i jazda na poludniowy wschod od Sydney w kierunku Snowy Mountains - Gora Kosciuszki albo jak to mowia Aussie "Kosiuski". Przed nami 434 km. Aparat oczywiscie przygotowalam i chociaz wytrawnym fotografem nie jestem jakies zdjecia zrobilam.
Im dalej na poludnie ty krajobraz stawal sie "ksiezycowy". Nie bylo ani po prawej ani po lewej stronie zyta, owsa tylko ogromne skaly i owce i krowy bezowe, czarne. Nie wiem, ktore z nich hodowane sa jako "miesne" krowy, ale wiem, ze wolowina australijska jest najepsza na swiecie. Krowy przez 365 dni w roku pasa sie na tych polach.
Przystanek przy wierzbie placzacej
Dojechalismy do malenkiej miejscowosci Jindabyne polozonej u podnoza gor. Wlasciwie sa dwie czy trzy ulice. Malo mieszkancow, turystow tez juz niewielu, bo sezon zimowy sie skonczyl. Nie ma tutaj KFC, Mcdonalds'a, zadnych fast foodow, tylko australijskie jedzenie - bulka z jajkiem i boczkiem. Pyszne !!!
Tutaj wynajelismy pokoj. Bardzo ladny motel z widokiem na jezioro.
W kazdym pokoju....
Biblia.
Maly odpoczynek i ruszylismy w dalsza droge. Uznalismy, ze najpierw trzeba
zobaczyc troche prawdziwej Australii czyli country, a potem w gory.
Slubny od poniedzialku na przymusowym urlopie. I nie tylko Slubny, bo M tez juz od tygodnia siedzi w domu z tego samego powodu. Coraz wiecej fabryczek boryka sie z problemami:(
Wlasciwie poniedzialek w Au to "public holiday" z racji "swieta pracy" - cos jak w PL 1-y maja. Maja wolne caly tydzien, bo nie ma "roboty". Ulozylismy plan,cobry z nudow nie zwariowac, ze we wtorek, pojedziemy sobie w gory, na Gore Kosciuszki. 6-7 godzin spacerkiem i na szczyt i podobno wiodok przy ladnej pogodzie jest niesamowity. 3 - 4 dni poza domem, potraktujemy jako lekarstwo na skolatane ostatnio nerwy. Potrzebujemy tego !
I skonczylo sie chyba na planach, bo cale NSW i poludniowe stany Au w deszczu, wietrze i posypuje tu i owdzie gradem. W telewizroni podali, ze pogoda taka notowana byla w Au 67 lat temu. W Melbourne z powodu ogromnej wczoraj burzy odwolali loty samolotow, przez co uziemilo setki ludzi na lotnisku, bo podobno w hotelach braklo miejsc. Balagan niesamowity sie zrobil.
W moim ogrodzie deszcz tak "ubil" roslinki, ktore dopiero co wzeszly, ze mam watpliwosci co do tegorocznych zbiorow.
Mam w planie wizyte u fryzjera, zaraz po szalonych cwiczeniach na silowni, ale zastanawiam sie, czy wychodzic z domu na taki ziab.
Wybralam sie wczoraj na spacer, nad staw. Lubie to miejsce. Zwykle jest tam bardzo ciho, tylko slychac glosy ptakow, kwakanie kaczek, "syczenie" gesi. Dobre miejsce na odpoczynek, umyslowy relaks. Ferie szkolne sie zaczely, wiec wczoraj bylo troche glosniej. Mamuski z dziecmi przyjechaly dokarmic ptaszyne:) Ale sympatycznie bylo:)
)
wyglada jak lubin, tylko ma wieksze kwiaty.
"nakarmione kaczki" spia leniwie
gesi z "mlodymi". Napotkany spacerowicz powiedzial mi, ze sokoly ataktuja mlode gaski !
"Chinskie szpaki"...nie wiem czy chinskie, ale podobne sa do szpakow. Przylatywaly w zimie, dokarmialam, przylatuja i teraz "meteorologiczna" wiosna. Stawiam im wode w pojemniczku, bo cieplo sie robi. Dbam o nie, a one w podziece za to zesraly mi pergole i jutro czeka mnie szorowanie plytek, a boki mnie bola okrutnie, bo mnie zawialo. I jak tu byc dobrym?:)